warsztat przedkonferencyjny 21 konferencji ISPS w Rotterdamie (International Society for Psychological and Social Approaches to Psychoses, w Polsce funkcjonujące jako Polskie Towarzystwo na rzecz Psychologicznego i Społecznego Podejścia do Psychoz, PTP SPP)
Warsztat przedkonferencyjny prowadzony przez dr Amy Hardy, psychologa klinicznego z Londynu poruszał różne zagadnienia dotyczące uwzględniania doświadczeń urazowych w wywiadzie i leczeniu pacjentów z zaburzeniami psychotycznymi. Wprowadza pojęcie „opieki uwzględniającej traumę” (ang. trauma-informed care), czyli takich zasad organizacyjnych, które uwzględniają możliwość, że osoby korzystające z opieki medycznej niosą ze sobą bagaż doświadczeń urazowych stanowiących problem nie tylko w kontekście zaburzeń psychicznych, ale również wszelkich innych form oddziaływań medycznych. Wyrażać się to może np. w możliwości wyboru płci osoby wykonującej niektóre świadczenia (w przypadku kogoś, kto doświadczył przemocy seksualnej), przewidywania, że niektóre sytuacje (np. znieczulenie ogólne w czasie zabiegu chirurgicznego lub leczenie stomatologiczne) mogą wiązać się dla niektórych osób z re-traumatyzacją itp. Klip edukacyjny na ten temat: https://www.youtube.com/watch?v=r_yH3TrUpLo (po angielsku).
W czasie warsztatu omówiono również kwestię ogólnie gorszych wyników leczenia pacjentów z psychozą ORAZ współwystępującym PTSD, a także jakie mechanizmy pośredniczą w tej zależności. Biorąc to pod uwagę wydaje się, że omawianie objawów PTSD w wywiadzie z pacjentami z psychozą powinno stać się standardem, jednak istnieją różne powody pomijania ich przez diagnozujących klinicystów. W pilotażowym badaniu analizującym tę kwestię jedynie 11% pacjentów spotkało się w wywiadzie z pytaniami o doświadczenia urazowe, a tylko 7% oceniano pod kątem objawów PTSD.
W takiej sytuacji zalecane jest stosowanie kwestionariuszy przesiewowych jako ułatwiających podjęcie rozmowy na temat doświadczeń urazowych w sposób wzbudzający w nadmierny sposób wspomnień i towarzyszących emocji. Autorka opracowała wraz ze swoim zespołem kwestionariusz dostosowany do pacjentów z psychozą pod takim względem, że uwzględnia również samą chorobę oraz leczenie jako źródło doświadczeń urazowych.
Jedną z wybitniejszych postaci w świecie zaburzeń dysocjacyjnych jest Colin Ross (USA). Jego wieloletnia praca kliniczna i badawcza rozwinęła w istotny sposób wiedzę na temat zaburzeń dysocjacyjnych. Brał on udział w pracach nad poprzednią wersją DSM w zakresie zaburzeń dysocjacyjnych (o zakulisowym wymiarze tych prac opowiedział właśnie w czasie swojego wystąpienia). W czasie swojej prezentacji w telegraficznym skrócie poruszył główne zagadnienia dotyczące samego pojęcia dysocjacji, jak i kwestii rozpoznawania DID.
Wystąpienie to pokazało pewne różnice w sposobie myślenia o dysocjacji za oceanem i w Europie. Przykładowo, duża staranność w rozpoznawaniu zaburzeń dysocjacyjnych jaka przyświeca prowadzeniu wywiadu TADS-I stoi w kontraście ze swobodnym podejściem do kwestii rozpoznawania DID wg wywiadu autorstwa Colina Rossa (DDIS). Przykładowe pytanie z DDIS (poniżej) zawiera frazy bezpośrednio wzięte z kryteriów DSM i w pewnym sensie pomija rolę klinicznej oceny przez osobę prowadzącą wywiad. Tego rodzaju podejście przekłada się na nadmierną rozpoznawalność DID oraz fałszywie dodatnie diagnozy (a w ślad za tym nieadekwatne leczenie).
W czasie konferencji jednym z obszerniejszych punktów jej programu był warsztat prowadzony przez Evę Zimmermann, poprzedniej prezes Europejskiego Towarzystwa Traumy i Dysocjacji (ESTD) , która przedstawiła zasady diagnozowania zaburzeń dysocjacyjnych w odniesieniu do teorii strukturalnej dysocjacji. Ponadto poruszyła również w praktyczny sposób kwestie dotyczące leczenia złożonych zaburzeń dysocjacyjnych (DD) za pomocą EMDR.
W czasie ostatniej konferencji EMDR Europe Prof. Marylene Cloitre (USA) prezentowała swoje badania nad wzajemną zależnością między traumatyzacją a zasobami społecznymi, jakimi dysponuje dana osoba. Marylene Cloitre jest badaczką zajmującą się złożonymi formami PTSD (complex PTSD), zarówno ich diagnozowaniem, jak i terapią. Prowadziła między innymi badania dotyczące różnic i podobieństw między zaburzeniem osobowości borderline a complex PTSD.
Opracowała terapię narracyjną zaburzeń związanych z traumą (STAIR NT, http://www.stairnt.com ), która ma udokumentowaną skuteczność w leczeniu złożonych form traumy, w szczególności complex PTSD.
Serdecznie
zapraszamy do udziału w szkoleniu podstawowym z diagnozy zaburzeń
dysocjacyjnych. W tym roku będzie ono realizowane kilkukrotnie. Program
szkolenia obejmuje 20 godzin szkoleniowych i pomyślany jest jako pierwsza część
obszerniejszego cyklu szkoleniowego.
rozdział 9: „ Nasze wewnętrzne głosy: rozmawiając z samym sobą” (część 3)
Oczywiście, to nie jest proste, by dostrzec zdrową funkcję każdej części, zrozumieć
znaczenie słyszanych głosów, pojawiających się myśli i impulsów. Jednak możemy pomóc
sobie w tym zadaniu poprzez zadanie pewnych pytań. Przyjrzyjmy się niektórym z
nich.
Kogo przypominają głosy i
myśli, które pojawiają się w naszej głowie, albo też części, które odczuwamy
wewnętrznie? Jeśli mogłyby porzucić ten wzór i rozwinąć się, to jak mogłyby spełniać
swoją funkcję w inny sposób?
Na przykład, być może słyszymy w głowie stale obelgi byłego męża, który
znęcał się nad nami w powtarzający się sposób. Nie jest to jedynie wspomnienie
słów, jakie wtedy wypowiadał, ponieważ czasami głos mówi do nas o rzeczach,
które robimy na bieżąco, nazywa nas nieudacznikami, mówi nam, że jesteśmy
bezwartościowi. Jest to silny, autorytarny, twardy głos, pełen złości. Przypomina
byłego męża, ale nim nie jest, to jesteśmy my sami. Ta twardość, tak duża złość
przydałyby się nam, żeby nie pozwolić, by ktokolwiek potraktował nas podobnie
jak były mąż. Prawdopodobnie będzie to trudne, gdyż słuchanie tego głosu
wzbudza lęk, tak jakbyśmy byli razem z tą osobą, ale możemy sobie przypomnieć,
że ponieważ ten głos jest w naszej głowie, to przynależy on do nas i może
oderwać się od matrycy, jaka go ukształtowała i nabrać nowego kształtu. Może
stanąć po naszej stronie.
Jaka emocja dominuje u tej
części? Po co my ludzie mamy całą gamę różnych emocji? Jak można odczuwać i
wyrażać tę emocję? Jakie zmiany musiałyby
się dokonać, aby to było możliwe?
Pojawia się u nas myśl, która mówi nam, żeby zrobić coś sobie. W gruncie
nie chcemy tego, a nawet musimy walczyć z impulsem by się temu poddać. Jest to
takie odczucie, jak u małej dziewczynki i – jeśli spróbujemy sobie ją wyobrazić
– widzimy ją jako siedmiolatkę z opuszczoną ze wstydu głową. Staramy się sobie
przypomnieć i myślimy, co się działo, kiedy mieliśmy 7 lat. Przypominamy sobie,
że w tym okresie miało miejsce kilka razy nadużycie seksualne przez sąsiada z
budynku. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym z nikim,
a na dzień dzisiejszy mówimy sobie, że to wydarzenie bez istotnego
znaczenia, ale mimo to warto przekonać się, czy nie wywołuje to u nas jakichś
wrażeń. Zatrzymujemy się na tym, co się wtedy wydarzyło i wydaje się obojętne,
ale patrzymy przez chwilę na tę siedmioletnią dziewczynkę i obserwujemy, jakie
pojawiają się emocje. Po minucie zaczynają się pojawiać uczucia wstydu i w
pierwszym odruchu chcemy odwrócić wzrok. Wiemy jednak, że wstyd nie jest zły
sam w sobie, choć z pewnością w tamtym czasie będąc tak małą, ta dziewczynka
nie wiedziała co zrobić i bardzo źle znosiła to uczucie. Posiadanie takiego
sekretu musiało być dla niej dziwne i dręczące. Jest normalne, że staramy się odsuwać
od siebie wstyd i że będzie się on wiązał z lękiem i złym samopoczuciem. Teraz,
będąc dorosłymi, możemy nawiązać ponownie łączność z tymi odczuciami i
zrozumieć je, tak jakby po raz pierwszy ktoś zrozumiał, co się wydarzyło tej
dziewczynce i mógł jej przekazać, że to nie
z nią jest coś nie tak, jedynie to zrobił tamten mężczyzna było złe,
choć ona nie ponosi za to winy. Zauważamy, jak wstyd wypływa z tego wspomnienia
i staje się bardziej świadomy, ale utrzymujemy głowę wyprostowaną i patrzymy
przed siebie. Utrzymując tę emocję w sobie, kiedy wrócimy następnym razem do
tego wspomnienia i omówimy je z innymi ludźmi, pozwolimy w ten sposób, by
teraźniejszość „przewietrzyła” dawne wspomnienia i w ten sposób to odczucie „rozrzedzi się”. Mogą pojawić się też
przekonania i myśli, odnoszące się do uczucia bycia brudnym, złym lub innym,
ale pamiętamy, że należą one do wspomnienia i jest normalne, że się pojawiają.
Rozumiemy też, że z tych wszystkich wrażeń, które zakopaliśmy wywodzi się
również chęć, żeby targnąć się na swoje życie. Wszystko ma więc sens i to nas
uspokaja. W gruncie rzeczy nie chcemy umierać, a jedynie w jakimś momencie
naszego życia, w którym nasza część została uwięziona, czujemy, że nie
chcieliśmy umierać, a jedynie zniknąć, zamiast czuć to wszystko. Na szczęście
nie zrobiliśmy tego i teraz możemy to rozwiązać. Uratujemy tę zablokowaną część
i przywrócimy ją do teraźniejszości, kiedy to sprawy mają się inaczej.
Choćbyśmy byli w podobnych okolicznościach, to wszystko się zmienia, gdyż nasza
sytuacja jest całkiem odmienna: jesteśmy dorośli, wiemy o wiele więcej i możemy
siebie chronić. I jeśli w dodatku zaczynamy normalnie rozmawiać z innymi o tym
wszystkim, dawne wrażenia będą się rozpraszały coraz bardziej.
Z czego zdajemy sobie
sprawę, kiedy zaglądamy do swojego umysłu albo gdy rysujemy na papierze psychiczną
reprezentację tej części, tej myśli lub tego głosu? Jak nam się wydaje, czego
potrzebuje ta część? W jaki sposób możemy dać jej – a w ten sposób nam samym –
to, czego ona potrzebuje?
Głos nie posiada formy, a jedynie mówi nam, że nie uda nam się lub szepcze
nam „jesteś nieudacznikiem”. Kiedy staramy się coś zrobić, to zawsze się
pojawia, blokując nasze działania. Myśląc o nim (lub o części jaką reprezentuje)
bierzemy papier i rysujemy pierwszą rzecz, jaka przychodzi nam do głowy. To co
nam wychodzi przypomina trochę robaka. Zastanawiamy się, czy to wrażenie nie
jest nam znajome, czy już je kiedyś mieliśmy … nasz umysł podąża do wspomnień
ze szkoły , do dzieci które nam
dokuczały przez te lata. To wywołało u nas całkowitą blokadę, nic nam nie wychodziło
i byliśmy w stanie się uczyć. Na egzaminach mieliśmy pustkę w głowie i
oblewaliśmy prawie wszystkie. W domu nie zdawali sobie sprawy z tego, co się
dzieje, myśleli, że nie interesuje nas nauka i reagowali tylko zwiększaniem
presji. Poczucie bycia nieudacznikiem, czymś zupełnie nieistotnym, prawdziwym
robakiem, było stale obecne w tamtym czasie.
Wspominamy dalej, że zmieniliśmy szkołę i w tej nowej postępowaliśmy tak,
jakby to wszystko wcześniej nie miało miejsca. Zachowujemy się w sposób
zupełnie odmienny, zmieniliśmy przyjaciół, dokonaliśmy radykalnego zwrotu.
Wzorce postępowania z wcześniejszego etapu pozostawiliśmy za sobą… chociaż nie
znikły. Robiliśmy wiele rzeczy w życiu, wiele osiągnęliśmy, poczuliśmy się zdolni,
ale ten mały robak reprezentuje część nas, która pozostała na tamtym etapie. To
tak, jakby ta część naszego umysłu nie wiedziała o tym wszystkim, co później
osiągnęliśmy w życiu, gdyż zmiana była zbyt szybka i nie pozostawiła czasu na
to, żeby się rozwinęła. Patrzymy na wykonany rysunek, myślimy o osobie, jaką
byliśmy, kiedy dominowały te odczucia, wspominamy, że owszem, umieliśmy zrobić
wiele rzeczy, że byliśmy zdolni, że nie wszystko w życiu układało się w taki
niepomyślny sposób. Wokół robaka rysujemy wszystkie osoby i doświadczenia,
które przekazywały nam inne rzeczy. Stopniowo rysunek zmienia się, a wraz z nim
nasze wewnętrzne odczucia. To czego potrzebowaliśmy w tamtym czasie to było
dokładnie to, co robimy teraz: żeby ktoś spojrzał z szerszej perspektywy, zdał
sobie sprawę z tego, z czym się borykamy i powiedział nam, że w nas wierzy, że
wie, że potrafimy poradzić sobie z przeszkodami, że nas pocieszy i ochroni.
Chociaż nie nastąpiło to wtedy, to możemy naprawić nasze uczucia teraz.
Nie pozwalamy się rozproszyć
widocznym zachowaniem tych części. Być może nasze impulsy przyniosą negatywne
konsekwencje, ale do czego w gruncie rzeczy zmierzają? Jak możemy to osiągnąć
bez powodowania problemów?
To najgorszy z naszych głosów – krzyczy na nas, a słuchanie go powoduje
przerażenie i ogłuszenie. To jakby wewnętrzny potwór, który chce nas zniszczyć,
który chce nas przeciągnąć na swój stronę i popchnąć do robienia złych rzeczy. Wiemy
jednak, że to część nas samych i mimo, że nie potrafimy wyobrazić sobie w żaden
sposób, że mógłby mieć w sobie coś dobrego, to wiemy, że musi tak być, gdyż
jest częścią naszego umysłu. Został zachowany w nim z jakiegoś powodu. Walczymy
już od lat, a im większa kłótnia, tym gorzej wszystko idzie. Konieczne jest
stanąć twarzą w twarz z tym, co skrywa się za tą fasadą, nie pozwalając, by ta
przerażająca prezentacja nas odstraszyła.
Słuchamy tego, co do nas mówi, pozwalamy mu pisać w naszym dzienniku i
dostrzegamy, że pośród wszystkich tych obelg
pojawia się ostrzeżenie przed partnerem, z którym aktualnie jesteśmy. W
tej relacji faktycznie są pewne problemy, jednak czujemy, że to nasza wina, gdyż
mamy częste wybuchy gniewu. Kiedy opanowuje nas ta część, nie jesteśmy w stanie
się kontrolować. Czasami uderzamy w ścianę, żeby nikogo nie uderzyć. W tym
stanie jedynie chcemy zdominować i zgnieść drugą osobę, nie odczuwamy żadnej
troski o nią.
Ale myślimy o konsekwencjach i o tym, co wydarza się tuż przed wybuchem
gniewu. Zdajemy sobie sprawę, że jest dla nas nie do zniesienia, że partner
mówi nam, co mamy zrobić. Szczerze mówiąc, na swój sposób go prowokujemy, bo
zawsze zostawiamy wszystko na ostatnią chwilę, albo „zapominamy” to zrobić,
powodując, że musi on przypominać nam wiele razy, za każdym razem bardziej
natarczywie. Zwykle widzimy nadchodzącą lawinę o wiele wcześniej, jednak nie
robimy nic, żeby ją powstrzymać. Czy te odczucia nie są znajome?
Niewątpliwie nasza matka była kobietą niezwykle dominującą i twardo egzekwowała
swoją władzę rodzicielską. Kiedy nas uderzała, jej twarz wyrażała ogromną
nienawiść, a ona wydawała się zupełnie tracić nad sobą kontrolę. Kiedy
urośliśmy, udawało nam się stawić jej czoła i oddawać ciosy. Było to możliwe
jedynie, kiedy się reagowało z podobną przemocą, jak ona. Na swój sposób
prowokujemy partnera, żeby zaprzestał swoich nalegań i przyjął komplementarną
rolę, tak jakbyśmy wciąż odgrywali scenariusz tej samej historii. Umysł w
niezwykły sposób podąża znanymi sobie ścieżkami, tak jakbyśmy wracali po swoich
śladach do przeszłości, chcąc jej dać nowe zakończenie, ale paradoksalnie powtarzając
w kółko to, które już znamy.
Nasza nieopanowana złość ochroniła nas, była w stanie w jakiś sposób
zatrzymać to wszystko. Cały nagromadzony ból spowodował ujawnienie się
niekontrolowanej reakcji, ale ile by nie było wybuchów złości, ból nie chce
odejść. Zdajemy sobie z tego sprawę, zatrzymujemy się więc, by uświadomić to
sobie w pełni. Tak naprawdę najbardziej bolesne były nie uderzenia matki, ale
brak miłości, który odbieraliśmy z jej strony. Powstrzymywaliśmy naszą złość,
gdyż było to jedyne połączenie, jakie z nią mieliśmy. A teraz nie wiemy jak być
z partnerem, który nas kocha i nie powtarzać starego wzorca, tej podstawy, na
której kształtują się więzy przywiązania. Rozumiemy naszego wewnętrznego
potwora, jesteśmy w stanie zobaczyć coś więcej wewnątrz, odczuć ból i te
okropne braki, które ciągną się za nami. Tak więc dopiero teraz jesteśmy tak
naprawdę w stanie to zmienić, możemy zrezygnować z działania automatycznego i
podjąć bardziej świadome, a dzięki temu mieć większą kontrolę nad sobą.
Początkiem całej sekwencji jest nierealizowanie swoich zobowiązań, tak więc
skupiamy się na tym, by nie odwlekać zrobienia tego, co do nas należy, aby
uniknąć zbędnych wyrzutów. Staramy się też kierować naszym partnerem tak, by mówił
nam rzeczy w sposób, który nas nie będzie tak bardzo aktywował i będzie
łatwiejszy do przyjęcia. Mówimy o tym, co przeżyliśmy i w jaki sposób te
doświadczenia na nas wpłynęły. Staramy się być cierpliwi wobec siebie wzajemnie
i pracujemy nad zmianą.
Zamiast oddzielać się od tego, co pojawia się w naszej głowie – myśli,
głosów, trudnych do opanowania impulsów – musimy się nauczyć słuchać siebie i
starać się zrozumieć każdy aspekt i każdy odcień tego, kim jesteśmy. Niekiedy
jesteśmy tak pochłonięci staraniami, żeby kontrolować to, co u siebie zauważamy
lub odciąć się od tego, że nie umiemy zatrzymać się i podjąć dialog z samym
sobą. Aby to było możliwe, nie możemy dać się zwieść pozorom, gdyż rzeczy nie
są takimi, jakimi się wydają. Podobnie, jak w każdym przypadku dialogu, jaki ma
nastąpić po długim okresie konfliktu, jest ważne być otwartym na słuchanie i
kierować rozmową w taki sposób, by nie potoczyła się tak jak zwykle w
przeszłości. Musimy odrzucić nasze uprzedzenia i podważyć wiele rzeczy, jakich
trzymaliśmy się dotychczas. Najgorsi wrogowie mogą stać się największymi
sprzymierzeńcami, gdy staną się zespołem współpracującym przy wspólnych celach.
Współpraca będzie łatwiejsza jeśli będziemy pamiętać, że wszystko co dzieje się
w naszej głowie, należy do nas. Wszystko, również to co wydaje się nam obce i
nieprzyjemne, to my, w najszerszym znaczeniu tego słowa. Pewnego dnia wszystkie
te części zrozumieją, że jadą na jednym wózku, a kłótnia o to, kto nim kieruje
spowoduje jedynie kręcenie się w kółko. Zdamy sobie sprawę, że głęboki cel,
początkowo nam nieznany, jest podzielany przez wszystkie części nas, ponieważ
naturalnym celem człowieka jest czuć się dobrze i mieć znaczące relacje z
innymi. Jest wiele do zrobienia, więc ważne jest, żeby się zabrać za to
zadanie.
Jeśli czytając ten rozdział bardzo się w nim rozpoznajemy, jeśli czujemy,
że w naszym wnętrzu jest wiele części, spierających się o określenie tego, kim
jesteśmy, to opisany proces trudno będzie zrealizować bez pomocy
profesjonalisty. Pomocne jest mieć wokół siebie zdrowe osoby, a jeśli dodatkowo
my sami jesteśmy zdecydowani zmienić sprawy, to mamy już podstawowe czynniki
potrzebne do wprowadzenia tej zmiany. Psychoterapia jest jednak dodatkowym
zasobem, który zwykle jest potrzebny, aby przejść przez ten proces.
rozdział 9: „ Nasze wewnętrzne głosy: rozmawiając z samym sobą” (część 2)
Jakkolwiek może się to przejawiać na wiele różnych sposobów, weźmy przykład
obronnej złości i przypadek czwartej dziewczynki. Teresa, oprócz codziennych
reakcji rodziców na jej złe samopoczucie, przez wiele lat doświadczała sytuacji
przemocy szkolnej. Oczywiście, nie mówiła o tym w szkole, bo skoro matka
reaguje na skaleczenie kolana w taki sposób, to jak zareagowałaby na sprawy o
znacznie większym wymiarze. Nie spodziewa się ochrony ze strony swoich rodziców,
a raczej musi chronić siebie przed nimi. Aby móc sobie z tym radzić jej
organizm zablokował obronną złość, a ona stara się odkładać na bok reakcje,
jakie wywołuje w niej agresja w obrębie rodziny i w szkole. Ten aspekt jej
osobowości przeraża ją, gdyż kiedy czuje złość, to widzi siebie jako podobną do
matki, a obiecała sobie, że nigdy nie będzie podobna do niej. Stara się więc
być posłusznym dzieckiem, próbuje wszystko robić jak należy, spuszcza głowę,
kiedy jest karcona, aby nie prowokować innych. Jej złość jest coraz większa,
ale pozostaje zablokowana i oddzielona. W tym samym przedziale będą
przechowywane jej własne wspomnienia agresji, pozostające w odrębnej sieci
połączeń. Z tej części psychiki Teresy wyłaniać się będą zdania lub oznaki
wewnętrznych reakcji, które natychmiast stara się oddzielić i odsunąć od
siebie. Za każdym razem jednak te myśli, uczucia i działania nabierają na sile.
Ponieważ są blokowane w sposób odruchowy
i automatyczny oraz ponieważ Teresa nie pozwala sobie na ich odczuwanie nawet,
kiedy się pojawiają, to stan ten zaczyna kształtować rozbudowaną część osobowości.
Kiedy Teresa kończy szkołę podstawową i nie ma już wokół siebie tych, którzy tam
się nad nią znęcali, Teresa zaczyna słyszeć głosy w głowie. Głosy te w gruncie
rzeczy pochodzą z tej drugiej strony jej psychiki, nie są niczym więcej niż jej
własne myśli. Jednak są tak zdysocjowane, wydają się jej tak obce, w tak
niewielkim stopniu jest w stanie się z nimi zidentyfikować i odrzuca je w taki
sposób, że doświadcza ich jako głosów lub myśli, które – jak mówi – nie należą
do niej.
Słyszenie głosów jest zjawiskiem częstszym niż by się mogło wydawać i nie
pojawia się jedynie u pacjentów z psychozą lub zaburzeniami wynikającymi z
uszkodzenia mózgu. Oczywiście, jeśli to nam się przydarzy, należy zgłosić się
do psychiatry, aby mógł dokonać diagnozy tego problemu, gdyż może być wiele
czynników medycznych, neurologicznych i patologii psychiatrycznych, które
powodują głosy, a postępowanie w każdym z tych przypadków będzie inne. Jednakże
w wielu przypadkach te przyczyny będzie można odrzucić i należy przyjąć wtedy,
że głosy są skutkiem doświadczeń urazowych w naszym życiu. Głosy tego typu mogą
mieć różne cechy. Można je odbierać bardzo wyraźnie jako głosy odbierane z
zewnątrz, jak i wewnątrz głowy, albo też jako myśli odbierane jako należące do
nas. Możemy dostrzegać ich wyraźny związek z osobami, od których nauczyliśmy
się pewnego sposobu funkcjonowania, albo postrzegać je jako część naszego
umysłu lub przypisywać je obcym istotom. Na przykład, agresywny głos, który
odtwarza model przemocowego ojca, może być odbierany jako potwór lub diabeł,
którego ma się w sobie. Niekiedy jesteśmy w stanie nawet zobaczyć obraz, który pasuje
do tego głosu, albo postrzegać tę część siebie tak, jakby była na zewnątrz.
Żadna z tych rzeczy nie oznacza szaleństwa, a jedynie dowód na to, że musimy
zacząć proces godzenia się ze wszystkim tym, co mamy wewnątrz, włącznie z obszarem,
z którego pochodzą te głosy i myśli.
Kiedy fragmentacja jest bardzo wyraźna, możemy odczuwać różne części w
naszym wnętrzu, które mogą (ale nie muszą) przejawiać się jako wewnętrzne głosy
posiadające różne cechy. Części te mogą przedstawiać się nam jako posiadające
różny wiek, odzwierciedlać różne emocje, przypominać różne postacie z naszego
życia lub inne jego elementy. Często istnieją konflikty pomiędzy tymi odrębnymi
stanami, konflikty które pochłaniają naszą energię i powodują wiele problemów.
Ten wewnętrzny konflikt pomiędzy różnymi aspektami tego, kim jesteśmy jest
charakterystyczny dla osób z doświadczeniem traumy złożonej. Wydarzyło się zbyt
wiele rzeczy, które wydają się niemożliwe do zaakceptowania, a tym bardziej,
kiedy zestawi się je razem. Niemal niemożliwe jest przyznać, że osoby, które
miały się nami opiekować i dla których powinniśmy być ważni bardziej niż dla
kogokolwiek innego, jednocześnie skrzywdziły nas najbardziej. Zdrada jest czymś
najbardziej destrukcyjnym dla istoty ludzkiej, podobnie jak ból wywołany
dokładnie przez tych, którym najbardziej zaufaliśmy. To powoduje pęknięcie w
środku, w głębokim stopniu zmienia naszą zdolność zaufania innym. Nasz umysł dzieli
się na fragmenty, których nie jesteśmy w stanie dopasować.
Połączenie tych fragmentów stanowi część procesu zdrowienia. Wszystkie mają
dla nas wartość, w tym również części prezentujące wrogość, które zwykle
odrzucamy najbardziej i z którymi najmniej się identyfikujemy. Również one mogą
działać na naszą korzyść, jeśli umiemy dostrzec zasoby jakie w sobie posiadają.
Kiedy sytuacja będąca przyczyną pęknięcia umysłu już przejdzie do przeszłości,
możemy przyjrzeć się każdemu z fragmentów i wybrać z niego to, co najlepsze. Z
całokształtu wszystkich tych aspektów narodzi się nowa definicja tego, kim
jesteśmy, bardziej całościowa i bardziej stabilna. Nie staniemy się tacy, jak
osoby które nas skrzywdziły lub nie zajmowały się nami w sposób, jakiego
potrzebowaliśmy. Wręcz przeciwnie, kiedy przyjmiemy to, co najbardziej staramy
się w nas odrzucić, będziemy mniej do nich podobni, zaczniemy naprawdę być
sobą.
Części wrogie lub krytyczne mogą zmienić się w naszą zdolność do obronienia
siebie, kiedy nauczymy się używać swojej złości, aby postępować bardziej
stanowczo, odmawiać innym, bronić się przed otoczeniem i domagać się tego, co
jest dla nas ważne. Chociaż początkowo części te mogą przyjmować cechy postaci
agresywnych lub niezwykle wymagających i kontrolujących, to jeśli je przyjmiemy
i zintegrujemy, mogą rozwinąć się i zmienić, dzięki czemu będą się przejawiać w
sposób mający więcej wspólnego z nami, niż z osobami które je początkowo
ukształtowały.
Części najmłodsze i najbardziej podatne na zranienie będą tymi, które
pozwolą nam nawiązać więź z innymi, jeśli tylko poczujemy się bardziej
bezpiecznie. Ważne jest, aby nasz gniew nie obrócił się przeciwko nim,
obwiniając „wewnętrzne dziecko” za jego wrażliwość, za to, że się nie obroniło
w dzieciństwa i dopuściło do sytuacji nadużycia. To byłoby niczym innym niż wewnętrznym
odtworzeniem przedstawienia, które realnie rozegrało się w naszym dzieciństwie.
Jeśli stopień fragmentacji naszego umysłu jest duży, możemy doświadczać różnych
rodzajów części. Niektóre z nich będą nawiązywały bezpośrednio do jakiegoś
etapu, jakiegoś wspomnienia, albo będą odtwarzały działania jakiejś osoby albo
będą przedstawiały to, kim chcielibyśmy być. W każdym razie, ich znaczenie
symboliczne będzie nam się wydawało jasne. Ale nawet w przypadku, gdy będzie
się nam wydawało, że nie mają żadnego powiązania z nami lub naszymi
doświadczeniami, zawsze można dostrzec ich znaczenie, kiedy popatrzymy na nie
poprzez pryzmat historii naszego życia. Na przykład, możemy mieć część dziecięcą,
która reprezentuje to, kim byliśmy zanim nasze życie się zmieniło, czasami
czujemy się jak ta rozradowana dziewczynka lub słyszymy w głowie jej głos. W
jakiś sposób nasz umysł zachowuje ten stan, który nas określał przez wiele lat,
a o którym myślimy, że już go straciliśmy. Może istnieć część, która zaprzecza,
jakoby wydarzyło się cokolwiek z tego, co pamiętamy, albo która uważa, że nie
jesteśmy chorzy lub nie mamy żadnych problemów. Jeśli musieliśmy iść naprzód w
środku wojny, w jakiej dorastaliśmy, tak jakby nic się nie działo lub nas nie
dotyczyło, to jest to reakcja adaptacyjna. Niektóre części mogą reprezentować określony
okres lub moment naszego życia, gdyż w tym czasie wydarzyło się coś, co zakłóciło
nasz rozwój. Idziemy naprzód, ale jest tak, jakby jakaś część nas utknęła w
tamtym czasie. Wspomnienie tego co się wydarzyło, powaga tych wydarzeń lub
emocje związane z nimi, mogą być przechowywane w sieci pamięciowej, która
została zablokowana i można mieć do niej dostęp jedynie jeśli nawiążemy
łączność z tym stanem. W jakikolwiek sposób prezentują się głosy, myśli lub
impulsy, zawsze mają one jakieś znaczenie, a droga do wyzdrowienia wiedzie
przez pogodzenie się ze wszystkim, co niesiemy we własnym wnętrzu. Im bardziej
wydaje się nam coś dziwne, obce i nienormalne, tym ważniejszy jest proces
pogodzenia się z tymi aspektami nas.
rozdział 9: „ Nasze wewnętrzne głosy: rozmawiając z samym sobą” (część 1)
Wszyscy prowadzimy wewnętrzny dialog. Mówimy do siebie o rzeczach, które
się nam przydarzają, o tym, co czujemy i co myślimy. Ta wewnętrzna rozmowa ma wiele wspólnego z regulacją
naszych stanów emocjonalnych. Z dialogu między naszą częścią racjonalną a naszą
częścią emocjonalną wynikają nasze najlepsze decyzje.
To, co mówimy do siebie wewnętrznie, pochodzi w znacznej mierze z
wypowiedzi jakichś konkretnych osób lub z tego, co mówiliśmy sami do siebie wobec
działań innych ludzi wobec nas. Odwołujemy się do ważnych dla nas relacji,
poczynając od osób, które nami się opiekowały, aż po wszystkie ważne postacie w
naszym obecnym życiu.
Powróćmy do dziewczynek, które zraniły się w kolano. Wyobraźmy je sobie już
jako starsze w sytuacji, kiedy popełniły jakiś poważny błąd.
Susana, która doświadczyła bezpiecznego przywiązania, powie do siebie: „Ale
wtopa! Czuję się strasznie, no ale trudno, podjęłam decyzję myśląc, że to
najlepsze rozwiązanie… Teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko pogodzić się z
konsekwencjami. W końcu jakoś przez to przejdę. Nauczyłam się w tym czegoś
istotnego.”
Maria być może powie sobie, że nic się nie stało, że nie ma dla niej
znaczenia ostateczny wynik. Zaczną się u niej bóle głowy, które będą się
nasilały, gdy będzie musiała się skonfrontować się ze skutkami swoich decyzji,
ale nie będzie wiązać tych bólów z tym, co się wydarzyło i będzie starała się
poradzić sobie z nimi za pomocą środków przeciwbólowych.
Laura, córka stale zmartwionej matki, będzie przerażona nie tylko z powodu
nadchodzących skutków decyzji, ale również z powodu wielu innych negatywnych
rzeczy, które mogłyby nadejść wraz z nimi, a ponadto z powodu tego, że ucierpią
w tej sytuacji inne osoby.
W końcu, Teresa będzie w kółko rozmyślać o tym, jak złą decyzję podjęła i
będzie sobie powtarzać, że to totalna porażka, że niczego nie potrafi zrobić
dobrze i że cała wina za to spoczywa na niej. Oczywiście, nie będzie o tym
rozmawiać z żadną przyjaciółką, a jeśli tak by się nawet stało, to postara się
zneutralizować słowa pocieszenia, jakie mogłaby od niej usłyszeć, aż stracą
zupełnie swój pozytywny wydźwięk. Nie będzie wiedziała, jak sobie pomóc, ani
też jak sięgnąć po pomoc kogoś innego. To wszystko spowoduje o wiele więcej
problemów i złego samopoczucia, niż było wyjściowo. I co więcej, będzie miała
mniejsze szanse, żeby czegoś nauczyć się ze swojego błędu, gdyż nie będzie w
stanie tolerować zdrowego poczucia winy w taki sposób jak Susana. Z tego
względu może się zdarzać, że będzie popełniać podobne błędy w przyszłości.
Jak widzimy, wewnętrzny model, jakim każda z nich się posługuje mówiąc do
siebie samej, tworzy się w oparciu o modele zewnętrzne, które były dostępne,
gdy w przeszłości popełniały błędy. Jeśli te dziewczynki doznają również
doświadczeń urazowych, takich jak przemoc fizyczna, emocjonalna i seksualna,
przemoc szkolna, istotne utraty itp., to sprawy mogą się jeszcze bardziej
skomplikować. W przypadku Teresy, której przypadło dorastać w przywiązaniu
zdezorganizowanym, powstanie fragmentacja psychiki, opisana w poprzednim
rozdziale, która tylko powiększy się wskutek traumy. Poziom jej konfliktów
wewnętrznych wzrośnie wykładniczo, gdyż części osobowości, które starają się
zachować więź za wszelką cenę, będą jeszcze trudniejsze do pogodzenia z
częściami skupionymi na obronie przed agresją. Poziom odrzucenia względem
niektórych aspektów psychiki będzie tutaj największy. Jej część pełna złości
może reagować wściekłością względem części słabej za pozwalanie na nadużycie
lub za szukanie uczuć ze strony sprawcy przemocy. Pierwsza z tych części będzie
przechowywać całą złość, która nie mogła być ujawniona względem osoby, która
spowodowała najwięcej krzywdy, szczególnie jeśli była ona obiektem
przywiązania. Gdyby ujawniła tę złość, wówczas przywiązanie byłoby niemożliwe,
a to nie jest możliwe w przypadku małego dziecka. W taki właśnie sposób
określone sieci pamięciowe nie zostaną połączone ze sobą, gdyż zawierają
zupełnie niekompatybilne elementy. To, że osoba która o nas dba, jest
jednocześnie tą, która nas najbardziej krzywdzi, literalnie nie mieści się w
głowie. W taki sposób tworzymy odrębne przedziały dla każdej z tych rzeczy.
Kiedy się do kogoś przywiązujemy, to nie jesteśmy wtedy w stanie dostrzec, co
jest nie tak w relacji, a kiedy widzimy, co jest nie tak, zapominamy, że ta
osoba ma dla nas istotne znaczenie.
Kiedy te sieci pamięci funkcjonują oddzielnie, umysł również będzie
rozwijał się oddzielnie. W jednym miejscu będziemy przechowywać wspomnienia
momentów przywiązania z otaczającymi ludźmi. Albo więc będziemy w trybie
„desperacko potrzebuję uczuć, nie cierpię być sama” albo w trybie „będę walczyć
ze światem, nikogo nie potrzebuję”. Każda z tych pozycji spowoduje przyjęcie
zupełnie innej perspektywy otaczającego świata niż druga. Do jednych osób
odnosimy się bardziej z jednej perspektywy, a do innych bardziej z drugiej,
albo też do uczuciowej części danej osoby podchodzimy w zupełnie inny sposób,
niż do jej części wrogiej. To tak jakbyśmy wydobywali z siebie inną część Ja w
jednych momentach, a zupełnie inną w innych. W taki sposób, dwa aspekty naszej
osobowości mogą nabrać dużej autonomii i stać się systemami psychicznymi o
dużym stopniu złożoności tak, jakby równolegle funkcjonowały dwa umysły.
Aspekt, z którym najmniej się identyfikujemy będzie pozostawał poza naszą
kontrolą i poza naszą świadomością. Jak już wcześniej wspomniano, każdy z tych
aspektów może przejąć kontrolę nad zachowaniem w określonym momencie, albo też
może być odczuwany jedynie wewnętrznie.
rozdział 7: „Uczenie się regulacji naszych emocji” (część 2)
Fragment książki Anabel Gonzalez
Przyjrzyjmy się teraz przypadkowi Laury. Jej matka martwi się o nią, co w
zasadzie mogłoby być dobre, jednak ponieważ jej zmartwienie jest nadmierne, to
powoduje więcej szkody, niż pożytku. W rodzinach, gdzie obecne jest przywiązanie
lękowo-ambiwalentne, martwienie się uznawane jest za synonim uczuć. Taka matka
jest przekonana, że im bardziej się martwi, tym bardziej kocha i że jeśli by
się nie zamartwiała, to znaczyłoby, że nie kocha swojego dziecka. Te komunikaty
przekazywane są niekiedy wprost i sugerują, że musimy zawsze się martwić o
kogoś i być odpowiedzialni za dobre samopoczucie innych. Jakkolwiek takie stwierdzenia
są częściowo prawdziwe, to w większości pociągają za sobą zniekształcenie więzi
emocjonalnej.
Po pierwsze, martwienie się powoduje wrażenie ciężaru, jest jak muzyka w
tle wywołująca wrażenie lęku lub która dodaje ciężaru różnym sytuacjom. Z jednej
strony staramy się uwolnić od tego ciężaru, gdyż wydaje się nadmierny, jednak z
drugiej czujemy się uwięzieni przez nakazy rodzinne i moralny obowiązek martwienia
się o innych i rozwiązywania ich problemów. Więzi emocjonalne stają się w ten
sposób ambiwalentne, a bliskość powoduje, że trudno swobodnie oddychać. Osoby,
które rozwijają się w takich rodzinach często mają wrażenie uwięzienia w
nierozwiązywalnym dylemacie. Jeśli się odsuwamy, stajemy się źli, egoistyczni i
nie kochamy tych, którzy kochają nas. Jeśli pozostajemy blisko, czujemy się zduszeni.
Z drugiej strony, martwienie się nie pomaga rozwijać wiary w samego siebie,
jakakolwiek aktywność wywołuje strach, a eksplorowanie naszych możliwości ulega
niezwykłemu ograniczeniu. Pomyślmy o Laurze, jak kolejny raz będzie się bawić z
koleżankami. Po scenie ze swoją matką, będzie bardzo uważała, by nie upaść
ponownie. Będzie się bała nauki jazdy na rowerze, biegania po skałach albo samodzielnego
poruszania się po okolicy. Nie będzie bała się, że coś się jej obiektywnie
stanie, za to jakikolwiek minimalny uszczerbek będzie urastał na poziomie
emocjonalnym do rozmiarów końca świata. Ponadto, doznanie jakiekolwiek wypadku
będzie wywoływało u Laury wyrzuty sumienia, że jest obciążeniem dla swojej
matki. Często dzieci matek martwiących się, szukają sposobów, żeby je uspokoić,
gdyż rozregulowanie ich emocji jest dla nich bardziej niepokojące, niż ich własne
trudne emocje. Jak możemy wyraźnie zobaczyć, sytuacja, gdy dziecko uspokaja
dorosłego to odwrócenie sytuacji normalnej. Kiedy Laura dorośnie, będzie się czuła
nadmiernie odpowiedzialna za złe samopoczucie innych, co będzie problemem, gdyż
dorośli, żeby dobrze funkcjonować, muszą mieć zdolność autoregulacji. Próby dbania
o kogoś, kto sam się zaniedbuje albo uspokajania kogoś, kto nie umie się
uspokoić prowadzą jedynie do frustracji i rozpaczy.
Rodziny z takim stylem przywiązania nie wspierają autonomii swoich dzieci.
Martwienie się jest silnym spoiwem i nie jest łatwo go zerwać. Aby się
zaadaptować, dzieci muszą wchłonąć ten system i stać się bardzo zależne. Czują
się bardzo niepewnie robiąc różne rzeczy samodzielnie i zawsze poszukują dorosłego,
który je uspokoi. Taki wzorzec może być kontynuowany aż do dorosłości i
zabarwiać wszystkie przyszłe relacje. Taka osoba nie postrzega się jako odrębna
i nie toleruje samotności, oddalenia lub utrat. Będzie przeżywać innych jako część
siebie i będzie mieć przekonanie, że bez nich jest nikim. Stwierdzenia takie
jak „bez niego jestem nikim”, „umrę bez niego” albo „bez niej czuję się pusty”
odzwierciedlają ten rodzaj zależności. Żadna relacja nie będzie funkcjonować
dobrze, jeśli nie jesteśmy w stanie wyobrazić jej sobie bez drugiej osoby. Z
tego względu każdy problem staje się trudny do przyjęcia.
Niektóre osoby z takim wzorcem mogą starać się dystansować, ale obarczone
jest to sporym kosztem emocjonalnym. Wobec trudności w funkcjonowaniu, które
pojawiają się, gdy są bliżej tych, z którymi mają więź ambiwalentną, starają się
stworzyć więcej oddzielającej ich przestrzeni. Mimo to jednak zawsze istnieje
niewidzialna nić, która łączy obie osoby i pozwala na przekazywanie komunikatów
obwiniających o brak telefonu, o za rzadkie odwiedziny lub o nie przejmowanie
się tym, jak się czuje druga strona. Często, aby uniknąć poczucia winy, poddają
się prośbom drugiej strony na przykład, dzwoniąc do matki zawsze kiedy dojadą
do domu, pomstując przy tym na nią za ten rodzaj nacisku, wywieranego nawet kiedy
mają 40 lat. Aby móc funkcjonować w relacjach mogą stać się niezwykle wyczuleni
na to, gdy druga osoba, stara się do nich przylgnąć, nawet jeśli wewnętrznie walczą
z własną zależnością, której nie są świadomi lub którą odrzucają.
Niewątpliwie jednak najbardziej problematyczny skutek może pochodzić z
interakcji, która początkowo może wydawać się pozytywna. Powiedzenie „No już
nie płacz, przecież nic się nie stało” można rozumieć jako sposób na pomoc
dziecku w regulacji jego złego samopoczucia. Jednakże w sposób podprogowy
wprowadza komunikat, że nasze złe samopoczucie nie jest ważne i że należy przejść
nad nim do porządku. To, nad czym się nie zatrzymujemy i nie zauważamy, ma
tendencję do kumulowania się w naszym wnętrzu. Bez tego pierwszego kroku emocjonalnego
uznania , cały dalszy proces regulacji nie może mieć miejsca.
W końcu, przyjrzyjmy się też przypadkowi Teresy. Czuje strach z powodu
upadku, gdyż prawdopodobnie obawia się tego, co nastąpi w domu. Matka Teresy
reaguje w sposób, który ją przeraża: tam, gdzie powinna spotkać się z poczuciem
bezpieczeństwa, znajduje poczucie zagrożenia. Kiedy strach miesza się z
przywiązaniem do opiekuna, system rozpada się, gdyż staje wobec paradoksu.
Przywiązanie jest systemem biologicznym zorientowanym na bezpieczeństwo, gdyż
człowiek nie rozwija się autonomicznie, a jedynie w obrębie rodziny. Dziecko,
nie posiadając zasobów by chronić się przed otoczeniem, przywiązuje się do
opiekuna, który może spełniać te funkcję. Jednakże system ten nie przewiduje,
aby opiekun był jednocześnie źródłem poczucia bezpieczeństwa i zagrożenia. Nie
da się w takiej sytuacji poradzić sobie z agresją, niekoniecznie nawet fizyczną,
lecz w formie wrogości emocjonalnej. Nawet opiekun, który nie wykazuje takiej
wrogości, a jest stale przestraszony, nie może być źródłem poczucia
bezpieczeństwa. Z tego względu, nawet jeśli w domu będą inne osoby, nie tylko
agresywne i wrogie, ale nie będą w stanie obronić nas przed zagrożeniem, to nie
będą w stanie funkcjonować jako postać przywiązania bezpiecznego. Potrzeba
przywiązania nie zostanie wówczas zaspokojona. Tak więc odczucia bezpieczeństwa
i zagrożenia w relacji, które zostały opisane powyżej, będą stale obecne,
odzwierciedlając braki emocjonalne różnego rodzaju. Ponadto poszukiwanie
bezpieczeństwa i reakcje obronne wobec zagrożenia będą oscylować naprzemiennie
w nieadekwatny sposób wobec więzi z drugą osobą lub z samym sobą. Dojdzie do dysocjacji
procesów psychicznych, a umysł ulegnie fragmentacji.
Przejdźmy teraz do tego, w jaki sposób te kwestie odzwierciedlają się w
sposobie w jaki dbamy o siebie jako dorośli. Prześledźmy, czy identyfikujemy
się z niektórymi z poniższych kwestii.
Czy jesteśmy autodestrukcyjni? Czy katujemy się lub krytykujemy wewnętrznie
bez przerwy? Czy robimy rzeczy, które nam szkodzą? Czy złościmy się na samych
siebie za to, że źle się czujemy? Czy zaniedbujemy siebie, również fizycznie? Czy
zwracamy się o pomoc, kiedy jej potrzebujemy? Czy przyjmujemy pomoc, kiedy ktoś
nam ją proponuje? Czy szukamy pozytywnych aktywności lub relacji? Czy jesteśmy
świadomi, czego nam potrzeba i czy nadajemy naszym potrzebom takie znaczenie,
jak potrzebom innych ludzi? Czy szukamy sposobów zaspokajania tych potrzeb? Czy
istnieje równowaga między dbaniem o innych a dbaniem o siebie? Czy kiedy dbamy
o innych, to czy z tyłu głowy mamy oczekiwanie rewanżu lub docenienia, nawet
jeśli świadomie tego nie rozpoznajemy?
Wszystkie te kwestie odnoszą się do sposobu, w jaki o siebie dbamy. Jeśli dostrzegamy,
że mamy problemy z wieloma z nich, warto zadać sobie jedno pytanie: jak bardzo
byśmy nie cierpieli z powodu tego, co przeżywamy, to jak może poczuć się lepiej
osoba, która źle traktuje samą siebie? Jest to jeden z fundamentów, które muszą
zostać położone przed wykonaniem jakiejkolwiek dalszej pracy: nasze wysiłki
muszą skupić się na nauczeniu się, jak dbać o siebie lepiej. Pierwszy krok w
tym kierunku polega na zrozumieniu bez oceniania siebie, w jaki sposób taka
sytuacja powstała. Jakie jest podobieństwo między tym, jak traktuję siebie i
tego, jak traktowano mnie w przeszłości? Czy chcę nadal tak funkcjonować?
Teraz, kiedy w okresie dorosłości, można decydować o tym samemu. Nie oznacza to,
że zmiana w dbaniu o siebie jest prosta, jednak jest ona możliwa, jeśli włożymy
w to staranie. Uświadomienie sobie tej kwestii, to wykonanie pierwszego kroku.