„To nie ja” („It’s not me” / „No soy yo”)


rozdział 7: „Uczenie się regulacji naszych emocji” (część 2)

Fragment książki Anabel Gonzalez

Przyjrzyjmy się teraz przypadkowi Laury. Jej matka martwi się o nią, co w zasadzie mogłoby być dobre, jednak ponieważ jej zmartwienie jest nadmierne, to powoduje więcej szkody, niż pożytku. W rodzinach, gdzie obecne jest przywiązanie lękowo-ambiwalentne, martwienie się uznawane jest za synonim uczuć. Taka matka jest przekonana, że im bardziej się martwi, tym bardziej kocha i że jeśli by się nie zamartwiała, to znaczyłoby, że nie kocha swojego dziecka. Te komunikaty przekazywane są niekiedy wprost i sugerują, że musimy zawsze się martwić o kogoś i być odpowiedzialni za dobre samopoczucie innych. Jakkolwiek takie stwierdzenia są częściowo prawdziwe, to w większości pociągają za sobą zniekształcenie więzi emocjonalnej.

Po pierwsze, martwienie się powoduje wrażenie ciężaru, jest jak muzyka w tle wywołująca wrażenie lęku lub która dodaje ciężaru różnym sytuacjom. Z jednej strony staramy się uwolnić od tego ciężaru, gdyż wydaje się nadmierny, jednak z drugiej czujemy się uwięzieni przez nakazy rodzinne i moralny obowiązek martwienia się o innych i rozwiązywania ich problemów. Więzi emocjonalne stają się w ten sposób ambiwalentne, a bliskość powoduje, że trudno swobodnie oddychać. Osoby, które rozwijają się w takich rodzinach często mają wrażenie uwięzienia w nierozwiązywalnym dylemacie. Jeśli się odsuwamy, stajemy się źli, egoistyczni i nie kochamy tych, którzy kochają nas. Jeśli pozostajemy blisko, czujemy się zduszeni.

Z drugiej strony, martwienie się nie pomaga rozwijać wiary w samego siebie, jakakolwiek aktywność wywołuje strach, a eksplorowanie naszych możliwości ulega niezwykłemu ograniczeniu. Pomyślmy o Laurze, jak kolejny raz będzie się bawić z koleżankami. Po scenie ze swoją matką, będzie bardzo uważała, by nie upaść ponownie. Będzie się bała nauki jazdy na rowerze, biegania po skałach albo samodzielnego poruszania się po okolicy. Nie będzie bała się, że coś się jej obiektywnie stanie, za to jakikolwiek minimalny uszczerbek będzie urastał na poziomie emocjonalnym do rozmiarów końca świata. Ponadto, doznanie jakiekolwiek wypadku będzie wywoływało u Laury wyrzuty sumienia, że jest obciążeniem dla swojej matki. Często dzieci matek martwiących się, szukają sposobów, żeby je uspokoić, gdyż rozregulowanie ich emocji jest dla nich bardziej niepokojące, niż ich własne trudne emocje. Jak możemy wyraźnie zobaczyć, sytuacja, gdy dziecko uspokaja dorosłego to odwrócenie sytuacji normalnej. Kiedy Laura dorośnie, będzie się czuła nadmiernie odpowiedzialna za złe samopoczucie innych, co będzie problemem, gdyż dorośli, żeby dobrze funkcjonować, muszą mieć zdolność autoregulacji. Próby dbania o kogoś, kto sam się zaniedbuje albo uspokajania kogoś, kto nie umie się uspokoić prowadzą jedynie do frustracji i rozpaczy.

Rodziny z takim stylem przywiązania nie wspierają autonomii swoich dzieci. Martwienie się jest silnym spoiwem i nie jest łatwo go zerwać. Aby się zaadaptować, dzieci muszą wchłonąć ten system i stać się bardzo zależne. Czują się bardzo niepewnie robiąc różne rzeczy samodzielnie i zawsze poszukują dorosłego, który je uspokoi. Taki wzorzec może być kontynuowany aż do dorosłości i zabarwiać wszystkie przyszłe relacje. Taka osoba nie postrzega się jako odrębna i nie toleruje samotności, oddalenia lub utrat. Będzie przeżywać innych jako część siebie i będzie mieć przekonanie, że bez nich jest nikim. Stwierdzenia takie jak „bez niego jestem nikim”, „umrę bez niego” albo „bez niej czuję się pusty” odzwierciedlają ten rodzaj zależności. Żadna relacja nie będzie funkcjonować dobrze, jeśli nie jesteśmy w stanie wyobrazić jej sobie bez drugiej osoby. Z tego względu każdy problem staje się trudny do przyjęcia.

Niektóre osoby z takim wzorcem mogą starać się dystansować, ale obarczone jest to sporym kosztem emocjonalnym. Wobec trudności w funkcjonowaniu, które pojawiają się, gdy są bliżej tych, z którymi mają więź ambiwalentną, starają się stworzyć więcej oddzielającej ich przestrzeni. Mimo to jednak zawsze istnieje niewidzialna nić, która łączy obie osoby i pozwala na przekazywanie komunikatów obwiniających o brak telefonu, o za rzadkie odwiedziny lub o nie przejmowanie się tym, jak się czuje druga strona. Często, aby uniknąć poczucia winy, poddają się prośbom drugiej strony na przykład, dzwoniąc do matki zawsze kiedy dojadą do domu, pomstując przy tym na nią za ten rodzaj nacisku, wywieranego nawet kiedy mają 40 lat. Aby móc funkcjonować w relacjach mogą stać się niezwykle wyczuleni na to, gdy druga osoba, stara się do nich przylgnąć, nawet jeśli wewnętrznie walczą z własną zależnością, której nie są świadomi lub którą odrzucają.

Niewątpliwie jednak najbardziej problematyczny skutek może pochodzić z interakcji, która początkowo może wydawać się pozytywna. Powiedzenie „No już nie płacz, przecież nic się nie stało” można rozumieć jako sposób na pomoc dziecku w regulacji jego złego samopoczucia. Jednakże w sposób podprogowy wprowadza komunikat, że nasze złe samopoczucie nie jest ważne i że należy przejść nad nim do porządku. To, nad czym się nie zatrzymujemy i nie zauważamy, ma tendencję do kumulowania się w naszym wnętrzu. Bez tego pierwszego kroku emocjonalnego uznania , cały dalszy proces regulacji nie może mieć miejsca.

W końcu, przyjrzyjmy się też przypadkowi Teresy. Czuje strach z powodu upadku, gdyż prawdopodobnie obawia się tego, co nastąpi w domu. Matka Teresy reaguje w sposób, który ją przeraża: tam, gdzie powinna spotkać się z poczuciem bezpieczeństwa, znajduje poczucie zagrożenia. Kiedy strach miesza się z przywiązaniem do opiekuna, system rozpada się, gdyż staje wobec paradoksu. Przywiązanie jest systemem biologicznym zorientowanym na bezpieczeństwo, gdyż człowiek nie rozwija się autonomicznie, a jedynie w obrębie rodziny. Dziecko, nie posiadając zasobów by chronić się przed otoczeniem, przywiązuje się do opiekuna, który może spełniać te funkcję. Jednakże system ten nie przewiduje, aby opiekun był jednocześnie źródłem poczucia bezpieczeństwa i zagrożenia. Nie da się w takiej sytuacji poradzić sobie z agresją, niekoniecznie nawet fizyczną, lecz w formie wrogości emocjonalnej. Nawet opiekun, który nie wykazuje takiej wrogości, a jest stale przestraszony, nie może być źródłem poczucia bezpieczeństwa. Z tego względu, nawet jeśli w domu będą inne osoby, nie tylko agresywne i wrogie, ale nie będą w stanie obronić nas przed zagrożeniem, to nie będą w stanie funkcjonować jako postać przywiązania bezpiecznego. Potrzeba przywiązania nie zostanie wówczas zaspokojona. Tak więc odczucia bezpieczeństwa i zagrożenia w relacji, które zostały opisane powyżej, będą stale obecne, odzwierciedlając braki emocjonalne różnego rodzaju. Ponadto poszukiwanie bezpieczeństwa i reakcje obronne wobec zagrożenia będą oscylować naprzemiennie w nieadekwatny sposób wobec więzi z drugą osobą lub z samym sobą. Dojdzie do dysocjacji procesów psychicznych, a umysł ulegnie fragmentacji.

Przejdźmy teraz do tego, w jaki sposób te kwestie odzwierciedlają się w sposobie w jaki dbamy o siebie jako dorośli. Prześledźmy, czy identyfikujemy się z niektórymi z poniższych kwestii.

Czy jesteśmy autodestrukcyjni? Czy katujemy się lub krytykujemy wewnętrznie bez przerwy? Czy robimy rzeczy, które nam szkodzą? Czy złościmy się na samych siebie za to, że źle się czujemy? Czy zaniedbujemy siebie, również fizycznie? Czy zwracamy się o pomoc, kiedy jej potrzebujemy? Czy przyjmujemy pomoc, kiedy ktoś nam ją proponuje? Czy szukamy pozytywnych aktywności lub relacji? Czy jesteśmy świadomi, czego nam potrzeba i czy nadajemy naszym potrzebom takie znaczenie, jak potrzebom innych ludzi? Czy szukamy sposobów zaspokajania tych potrzeb? Czy istnieje równowaga między dbaniem o innych a dbaniem o siebie? Czy kiedy dbamy o innych, to czy z tyłu głowy mamy oczekiwanie rewanżu lub docenienia, nawet jeśli świadomie tego nie rozpoznajemy?

Wszystkie te kwestie odnoszą się do sposobu, w jaki o siebie dbamy. Jeśli dostrzegamy, że mamy problemy z wieloma z nich, warto zadać sobie jedno pytanie: jak bardzo byśmy nie cierpieli z powodu tego, co przeżywamy, to jak może poczuć się lepiej osoba, która źle traktuje samą siebie? Jest to jeden z fundamentów, które muszą zostać położone przed wykonaniem jakiejkolwiek dalszej pracy: nasze wysiłki muszą skupić się na nauczeniu się, jak dbać o siebie lepiej. Pierwszy krok w tym kierunku polega na zrozumieniu bez oceniania siebie, w jaki sposób taka sytuacja powstała. Jakie jest podobieństwo między tym, jak traktuję siebie i tego, jak traktowano mnie w przeszłości? Czy chcę nadal tak funkcjonować? Teraz, kiedy w okresie dorosłości, można decydować o tym samemu. Nie oznacza to, że zmiana w dbaniu o siebie jest prosta, jednak jest ona możliwa, jeśli włożymy w to staranie. Uświadomienie sobie tej kwestii, to wykonanie pierwszego kroku.

Dodaj komentarz